CZARNACKA, AGATA. O POLSKI KOBIECY PODMIOT POLITYCZNY. 2008
Dodane przez awe dnia May 07 2014 21:15:58
Dziwi mnie to milczenie wokół kaskady złych wiadomości dla kobiet. Jeszcze w lecie zaskoczył mnie brak porównań strajku pielęgniarek z poprzednimi strajkami (zarówno moje liceum, jak i Uniwersytet leżały przy trasach strajkowych – mogłam do woli oglądać górników, hutników, nauczycieli, służbę zdrowia i robotników z „Łucznika”). Z tych wszystkich grup zawodowych to pielęgniarki były najbardziej zacięte i najdotkliwiej zignorowane – niezależnie od kadencji rządu, bo strajków białego personelu było więcej niż jeden. Kiedy na Aleje Ujazdowskie wylegli „łucznicy”, po trzech godzinach było już po wszystkim (może rząd się bał, że wyjmą poukrywane sprytnie karabiny? Albo zaczną rzucać maszynami do szycia? Ja też się wtedy bałam, widać było, że są gotowi na wiele). Tymczasem pielęgniarki zagłuszano przez ponad tydzień (kiedy nie zagłuszały samych siebie dzikim hałasem – świetny pomysł na strajk, podchwycony od straży pożarnej w 1999 r., kiedy wozy strażackie na syrenach jeździły w tę i z powrotem po mieście).

Niektórzy z nas cieszyli się, kiedy posłanka Sawicka swymi zeznaniami obalała PiS. Czy jednak ktoś zauważył, że tym samym obala pracowicie wykuwany obraz kobiety-polityczki? Kobieta okazała się słabym ogniwem – nie tylko ze względu na ogólnoludzką chciwość, ale też specyficznie kobiecą zdolność do ulegania amantom. Kobiecy głos w polityce od czasu wyborów jest więc jeszcze słabszy – już nikt się nie dziwi, kiedy pan premier odpowiada na pytania prezydenta, wchodząc w głos pani minister zdrowia, która już tylko palpituje w tle (słynna narada gabinetowa). Kobiety mogą pracowicie zbierać dane do raportów, ale wnioski wyciągać z nich będą mężczyźni. Dlatego też raport posłanki Pitery, nad którym pracowała przez ostatnie miesiące, nagle zamienił się w nieoficjalną notatkę. Czy Macierewicz dałby się potraktować w ten sposób?

Kolejne dotyczące kobiet pomysły obecnego rządu jeżą włosy na głowie. Przegapiona kwestia wyrównywania emerytur (wymóg akcesyjny) skończyła się nie satysfakcjonującym nikogo pomysłem obniżenia wieku emerytalnego mężczyzn (co wobec katastrofalnej sytuacji realnej emerytów i nielepszego wizerunku seniorów w Polsce w krótkim czasie doprowadzi do wykształcenia się męskich oddziałów moherowych beretów – żyjących w permanentnym upokorzeniu w pełni sprawnych lecz biedujących starców). Z niezrozumiałych względów rysującą się na horyzoncie dziurę budżetową miały łatać kobiety. Samo pojawienie się pomysłu różnicowania emerytur (niższe wypłaty dla kobiet, bo te żyją dłużej) jest skandalem na skalę europejską. Rząd wycofał się z tego projektu, jednak pozostawiając nas w zawieszeniu – co dalej? Bo lepiej przecież nie będzie...

I rzeczywiście, parę dni temu ogłoszono nowy pomysł dotyczący tym razem ubezpieczeń zdrowotnych (dodatkowych, ale już wiadomo, że na to, by ich nie wykupić, będzie stać tylko najbogatszych). Będą wyliczane indywidualnie, zgodnie z regułami opracowanymi przez ubezpieczycieli prywatnych. Kobiety według nich chadzają do lekarza częściej – głównie ze względu na kwestie związane z układem rozrodczym (ciekawe, czy ktoś wziął pod uwagę, że akurat do ginekologa, o ile mogą sobie na to pozwolić, kobiety wolą chodzić prywatnie? Czy będzie można wybrać „męskie” ubezpieczenie?), ich stawki ubezpieczeniowe okażą się więc o dobrą połowę wyższe – choć przecież nadal zarabiają o wiele mniej niż mężczyźni.

Dowiedzieliśmy się też niedawno o pomyśle przeniesienia klas zerówkowych w całości do szkół – nie tylko oznacza to, że rząd nie ma ochoty inwestować w przedszkola, ale także łączy się z krótszym pobytem dziecka w placówce – świetlice nie zastąpią bowiem pełnowymiarowej opieki przedszkolnej. Uelastycznienie warunków zatrudnienia wciąż dotyczy głównie kobiet – i wciąż łączy się z gorszymi warunkami pracy. To posunięcie oznacza, że mamy sześciolatka będą musiały się zastanowić, czy mogą sobie pozwolić na pełen etat.

Może słusznie robi więc ze swojego punktu widzenia rząd, zwlekając z powołaniem pełnomocnika do spraw kobiet w randze podsekretarza stanu (kolejny niewygodny wymóg akcesyjny). Choć, oczywiście, gdyby panom z Platformy, chciało się pomyśleć, mogliby rozwiązać to tak, że nie przeszkodziłby im w niczym – a wręcz przeciwnie, jeszcze lepiej legitymizował ich władzę w oczach opinii europejskiej.

Dlaczego wszystkie tak łatwo godzimy się na ten stan rzeczy, jakbyśmy jak jeden mąż wszystkie głosowały na PO? Czyżbyśmy tak mocno wzięły sobie do serca doświadczenie pielęgniarek, że choćbyśmy wyły pod Kancelarią Premiera, i tak nas nikt nie wysłucha? Tak jak minister Kopacz – łykamy łzy wściekłości i wracamy do domu, by odstresować się praniem?

Czy może wcale nas to nie wścieka?

Kolejne burze i przemiany ustrojowe sprawiły, że praktyczne kobiety w kraju zwanym Matką-Polską przestały brać do siebie to, co słyszą w mediach. Ogłaszane i odwoływane projekty, zapowiadane i nienastępujące katastrofy, tuszowane przekręty i faktyczny brak wpływu na to, co dzieje się w sferze publicznej, oduczyły nas czytać gazety tak, jakby traktowały o nas. Od niepamiętnych czasów opisują one jakieś inne kobiety i cudze problemy. Monstrualna pomyłka ZUS-u obniżająca finalną wysokość emerytury prawie setki tysięcy kobiet nikogo nie obruszyła – to się zdarzyło komuś innemu. Chyba że zdarzyło się to akurat mnie, ale co ja jedna zdziałam przeciwko ZUS-owi? W obronie kobiet staje prasa o profilu mniej-niż-prawicowym. To ładnie brzmi, wpisuje się w politykę flirtu z Nową Lewicą, nic nie kosztuję i wyciska łzy u wszystkich Sarmatów (krzywdzą kobiety, zaraz pójdą krzywdzić dzieci!).

Lewicowe środowisko - skupione wokół tygodnika "Nie" i nie tylko - bezradnie rozkłada ręce. Wyśmiewa utworzenie stanowiska Pełnomocnika ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn, argumentując, że problemy kobiet sprowadzają się do nierówności płacowych i braku legalnego dostępu do aborcji, reszta zaś to zawracanie głowy (zob. A. Wołk-Łaniewska, „Le Monde diplomatique – edycja polska” nr 3/2007). Zaniedbanie tego zawracania głowy uderzy po kieszeniach wszystkich – jako członków gospodarstw domowych, które będą musiały ponieść dodatkowe koszta ubezpieczeń lub konsekwencje emerytalnych swawoli – oczywiście poza gospodarstwami, w których nie ma osób płci żeńskiej. Co z tymi, w których głównym żywicielem jest kobieta, nikt już nie pyta, a jest ich przecież niemało.

Tzw. Nowa Lewica - ta, którą częściej słychać w Gazecie Wyborczej - też nie odpowiada na te pytania. Jak sama nazwa wskazuje – jest nowa i młoda. Walczy o prawa kobiet – uderzając często w żeńskie szwadrony skupione wokół Radia Maryja. Wchodzi w alianse z feministkami, lecz głównie z tymi z pierwszych stron gazet. Nie istnieją struktury pozwalające przekazywać doświadczeń lokalnych organizacji feministycznych, zwłaszcza tych z prowincji, ważnym agentom publicznego dyskursu. Więc choć dowiadujemy się sporo o nadużyciach ZUS-u i prywatyzacji szpitali, wciąż ciężko nam łączyć to z obrazem zwykłego, coraz cięższego życia codziennego.

Dlaczego tak trudno jest w Polsce o kobiecy kolektyw polityczny? Czemu wciąż zamiast głosować zgodnie z własnym interesem, głosujemy zgodnie z interesami i opiniami mężczyzn, rodziny, klasy społecznej? Tak jakby dzisiejsze trzydziestolatki nie rozumiały, że same też pójdą na emeryturę, a ustalone dzisiaj sposoby wyliczania składek wpłyną na jej wysokość za trzydzieści lat... Z drugiej strony, dzisiejsze emerytki – których sytuacja być może za kilkanaście lat wyda nam się godna pozazdroszczenia – zachowują się tak, jakby same nigdy nie miały kłopotów z niepożądaną ciążą czy podszczypywaniem ze strony pracodawcy. Ten brak międzypokoleniowej solidarności trudno załatać sentymentalnymi nawiązaniami do dworkowej tradycji. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – nawet jeśli literatura jest zdolna do zmieniania ludzkich postaw i przekonań i wywoływać pragnienie aktywności, działa albo wybiórczo, elitarnie – albo bardzo powoli, poprzez żmudne formowanie kolejnych pokoleń (stąd tak wielka waga kanonu szkolnych lektur, na którą uwagę zwrócił – niestety – tylko Roman Giertych). Nie tędy droga do poważnej polityki robionej tu i teraz.

Kilka lat temu, kiedy funkcjonował jeszcze urząd Pełnomocnika ds. Równego Statusu, nie było wcale idealnie. Jednak było przynajmniej do kogo pisać listy i wiadomo było, że przynajmniej istnieje jakaś instancja, której zadaniem jest pilnowanie interesów ogólnie pojętej grupy kobiet. Nigdy nie zaistniał żaden ruch społeczny, który mógłby się w jej imieniu wypowiadać – ale gdyby zaistniał, mógłby zwracać się bezpośrednio do podsekretarza (podsekretarz) stanu. Jednak szansa na to, że się wyłoni, jest niewielka. Ruch feministyczny składa się z niewielkich, często regionalnych grup, w większości przypadków skonfliktowanych między sobą. Zresztą i tak nie byłyby pomocne, bo większość polskich kobiet wciąż twardo odpowiada, że „nie są feministkami”. Sytuację próbowała wykorzystać Manuela Gretkowska, tworząc Partię Kobiet, która programowo odżegnywała się od feminizmu, za to koncentrowała się na interesach kobiet i starała się dopasować swój program do potrzeb przeciętnej Polki. Ale i to nie wypaliło. Jak gdyby polskie kobiety nie były też kobietami...

Wszechobecna ideologia prorodzinna i szalejący na zderegulowanym wolnym rynku (a zwłaszcza, przynajmniej jeszcze do niedawna, rynku pracy) indywidualizm to na pewno nie jedyne wyjaśnienia tego bolesnego braku kobiecej solidarności i osobliwej ślepoty na własny interes. Jednak są to niezłe sposoby na polityczną kastrację 52% polskiego społeczeństwa. Kobieta o zbyt wyrobionych poglądach postrzegana jest jako nieatrakcyjna na rynku małżeńskim, a konieczność rywalizowania w miejscu pracy wpisuje się w dobrze znany, choć iluzoryczny schemat kobiecej rywalizacji o partnera – szczególnie zaciekłej w polskim systemie społecznym. W XIX w. przez zapóźnienie przemysłowe, mnogość szlachty w porównaniu do mieszczan, nieustające konflikty o mniej lub bardziej krwawym charakterze i ekonomiczną niesamodzielność Polki musiały zaciekle walczyć o to, by zamążpójście nie oznaczało dla nich deklasacji. Z kolei powojenna przeprowadzka do miast, wykorzenienie i deterytorializacja chłoporobotników nie pozwalała im na wytwarzanie więzi społecznych poza rodzinnymi.

Kobiety – niemal w całym przekroju społecznym – wychowywano więc w duchu wykluczającym solidarność płci. Kiedy do tego dołożyły się nowe warunki ekonomiczne – z istoty swojej zniechęcające do angażowania się poza domem, jednocześnie uzależniając kobiety od gospodarstwa domowego, czy to przez niższe wynagrodzenia i zniechęcanie do pracy, czy to przez brak kontroli płatników alimentów – zniszczono realną wolność kobiet do działalności politycznej. Rozmontowanie wolności formalnej – przede wszystkim przez odwołanie Pełnomocnika, było już tylko ostatnim akordem tej symfonii.

(Z katalogu Komentarze Think Tanku Feministycznego)